Wchodzi Stefan do Kastoramy i imponuje obsłudze zdezorientowaniem. Wszystko wydaje się takie wielkie, takie okropnie wielkie w oczach Stefana. Czuje się tu jak podrzędny klient, jak ścierwo ludzkie za dobrych niemieckich czasów, jak w wagonie na Sybir. Upatrzył przypadkiem pierwszy cel. Przerażony otaczającym go tłumem podąża za ładną panią w niebieskim, ale nie! Bo ona idzie do działu z kwiatkami, więc Stefan za nią! I hopla!, za glebogryzarkę siedemset osiemdziesiąt cztery złote, hopla!, za kaktus dwadzieścia dwa pięćdziesiąt, już ją ma, już ją musnął prawie po jedwabiu sukni, gdy znika ona, a przerażony Stefan stoi teraz w tumulcie działu ogrodowego!
Upatrzył Pana w żółtym uniformie, to skrada się do niego jak dziki łowca. Za stolikiem z nawozem organicznym osiemnaście osiemdziesiąt pięć, za płotami do montażu samodzielnego pięćdziesiąt pięć złotych zero groszy Stefan się skrada, już zaatakować chce swą ofiarę jak lew na afrykańskiej sawannie, gdy wytrąca go z równowagi tyrpnięcie w ramię od grubej klientki idącej z naprzeciwka.
Niezrażony niepowodzeniem nasz wieczny myśliwy ukradkiem wspina się na drabinę i wchodzi na regał z drzwiami harmonijkowymi, każde po siedemdziesiąt siedem - z prowadnicami aluminiowymi. Wykazując się małpią zwinnością chodzi w przyklęku, nasz Stefan, pięć metrów nad głowami tłumu - i skacze, i skacze, z filara na filar, z ogrodowego na mechaniczny, z wiertarek na lampy w dziale osiemnastym, wyposażenie domu. Już widzi z lotu ptaka, gdy skacze z meblowego na drewniany, widzi Stefan cel swej morderczej podróży - elektryczny.
Spocony jak nieboskie stworzenie, brudny jak Matka Ziemia, zadrapany i cały we krwi, bo to wojna, nasz Stefan zbliża się, sunie jak czołg, zapierdala z prędkością światła i widzi - żarówki, kinkiety, sufity podwieszane, i biegnie przez przedłużacze, kontakty, aż wreszcie jednym susem wskakuje na szpule z kablami i wrzeszczy: "Mam! Mam!". Nic nierozumiejący Pan w Żółtym, widząc radość klienta, zapytuje o zdrowie, pyta czy "na miejscu, czy może na wynos", "nie nie, na miejscu oczywiście", "więc proszę, dwa metry tego kabelka żółtego, bo Kastorama zawsze wiedziała, że Pan Stefan o takim marzył na urodziny"- I już biegnie ucieszony klient do kas, płaci dwanaście złotych polskich za dwa metry kabla światłowodowego, skręca pewnym ruchem ręki stryczek tak idealny, jak tylko da się spleść z nieszczęsnego kabla i wskakuje w dziale meblowym na wieszak domowy, sto dwadzieścia jeden złotych pięćdziesiąt groszy z dostawą do domu, okręca o niego dwa razy kabel i zakłada pętlę na szyję! I już! Wisi Stefan, cieszy się Kastorama! Cieszy się tłum! Wiwat, wiwat, albowiem to kolejny zadowolony klient na ich koncie! ~
Rzecz o świecie pisana przez dwóch pragmatycznych i wizjonersko usposobionych młodych ludzi. Co prawda ocieka sarkazmem, spermą i alkoholem, ale czujcie się jak u siebie.
środa, 30 lipca 2008
nasz klient nasz pan / szpule.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz