Rzecz o świecie pisana przez dwóch pragmatycznych i wizjonersko usposobionych młodych ludzi. Co prawda ocieka sarkazmem, spermą i alkoholem, ale czujcie się jak u siebie.

sobota, 26 kwietnia 2008

[Kosmiczny Kowboj Bill, 234/1000, zdecydowanie bez pomysłu i polotu, możliwe że z puentą, choć w okrojonej wersji]

Kosmiczny Kowboj Bill leżał spokojnie na pryczy, wchłaniając wszystkimi zmysłami ostatnie chwile snu. Sen to towar deficytowy, więc jak już przyjdzie nie można ot tak, po prostu obok tego faktu przejść. Ile to już było? Dwanaście? Trzynaście godzin? Podróż z jednej galaktyki do drugiej trwa zazwyczaj bardzo długo, więc ktoś taki jak Bill ma czas zregenerować siły. Otwierając jedno oko jego głowę przeszyła myśl (ta co zawsze), że znów przyjdzie mu odwalać tą samą co zawsze robotę. Strzelaniny, zabijanie, ci sami kosmiczni recydywiści, te same zapite mordy. I to wszystko dla pieniędzy, bo przecież wszystko jest dla pieniędzy. Złapać żywego, odstawić w całości, żeby pare groszy wpadło do sakwy – pięknie.

Bob mknął przecinając pustkę kosmosu, z zawrotną prędkością, ku celowi. Bob był jedną z najbardziej rozpoznawanych jednostek w historii skolonizowanego kosmosu – statek Billa był ikoną szybkości, skuteczności i niezawodności. A poza tym miło się z nim gadało, fajny był z niego gość. I wypić można było – to jest to. Dolatywali. Bill zaparzył kawę i wcisnął przyciski procedury lądowania – dokowanie w stacji kosmicznej doprowadzało go do senności, będąc niestety nudne i cholernie czasochłonne. Wie już, co się będzie dziać – znów ten sam scenariusz. Który wariant wybrać? Chyba B3, tak, tak, pacjent jest raczej tego rodzaju. No, wychodzimy, no, no.

Stacja kosmiczna A170, była dużą kupą blachy, a z przestrzeni wyglądała na wielką puszkę piwa. Miejsce do miłych nie należało, zważywszy na typy tam przebywające. Ciemna gwiazda miała tam pole do popisu, zrzeszając w jednym miejscu morderców, dzieciobójców, kieszonkowców, oszustów mniejszych, większych, bossów organizacji wyzwoleńczych, szefów mafii tekstylnej, związek wytwórców obuwia.. Co tu dużo mówić – takie kosmiczne Alcatraz, z tym że bez strażników.

Miejsce idealne dla ludzi takich jak Bill – niezrównoważonych łówców głów, żądnych pieniędzy, taniej wódki i łatwych kobiet (od czasu do czasu). Problem polegał na tym, że Bill i jemu podobni raczej nie powinni się tam pokazywać. A170 bywała dla kosmicznych łowców nieprzyjemna – częstowała kulą w łeb, zamiast rumem, zapraszała do trumny, a nie do łóżka. Można się było do tego przyzwyczaić. Bill, człowiek w wieku średnim, typowy autsajder, sława pośród porządkujących kosmos, przyzwyczajony był akurat zanadto. Co dzień inne miejsce, inni ludzie, inna sprawa. A to wszystko przez pieniądze i dla pieniędzy. Bo całe życie jest dla pieniędzy, prawda?

Więc wchodzi Kosmiczny Kowboj Bill do śluzy, przemieszczając się do stacji kosmicznej. Kantyna, do której się kieruje, to raczej nie niebo na ziemi. Wchodzi poprzez obrotowe drzwi, westernowa scena zaczyna mieć miejsce – grupy niekoniecznie przyjemnych panów przerywają grę w pasjansa, szachy, pokera, barman zamiera z przerażenia, cisza, makiem zasiał. Bill, z porytą bruzdami twarzą, w kowbojskim kapeluszu, kowbojkach oczywiście, prezentując laserowe rewolwery przypięte symetrycznie po obu bokach bioder, staje przy wejściu do kantyny. Stojąc tak, w papierosowym dymie, spogląda po wszystkich.

- Kurwa! – Pozdrawiającym tonem odzywa się jako pierwszy, bo goście mają się obowiązek witać z gospodarzami. Savoir-vivre. Bandziory z zawszonej nory aż drgnęli z przerażenia, ktoś spadł z krzesła z podejrzeniem zawału, ktoś inny nerwowo przełknął łyk whisky.

- Wiecie kim jestem, wiecie po co tu jestem, wiecie, że jak będzie nie tak jak mówię, to będą problemy. Załatwmy to szybko i bezboleśnie. – Szmer poruszenia w barze zdał się mówić wszystko. Kolejny odpadł od stołu umierając na zawał przedniej ściany lewej komory, kto wie, kto wie co jeszcze będzie się dziać.

- Gdzie jest ten, po kogo tu jestem? – Pytanie rzucone w eter, zdało się nie trafić do adresata.

Cisza.

(...)

- Proszę pana! Panie łowco! - Przed strzelistą postać Billa wyskakuje nagle mały chłopiec, jakby wypchniety przez tłum zaskoczonych bandziorów w ramach posła, wszak jego się ponoć nie zabija. – Proszę pana! – zaczął jeszcze raz, nieśmiałym dziecięcym głosem posłaniec – Proszę pana, bo jego tu nie ma i my nie chcemy problemów!

Pada strzał, malec wbija się głową w ladę kantyny, ku przerażeniu zgromadzonych. Z Billem nie ma żartów – wkurwił się.


(...)

- Mówię po raz ostatni! Pierwszy mózg już leży na ziemi, kto chce zobaczyć swoją głowę od środka? – I to nie był żart, gdyż mózg odważnego malca faktycznie zobaczył światło dzienne. Bill rozsmarowywyjąc go po podłodze stopą czekał na reakcję ludzi z A170.

- Kosmiczny Łowca Bill, czyż mnie oczy nie mylą? – odezwał się głos zza przerażonego tłumu. Absolutną ciszę przerywaną tylko chrzęstem tkanki mózgowej spod buta łowcy zakłócił na dobre stukot obcasów o plastikową podłogę. Bill wiedział, że znalazł czego szukał.

- Załatwiamy to po męsku, Charlie? – Spytał, a ludzie niedawno pijący, grający i bawiący się w najlepsze, teraz spierdolili w strachu o swoje zycie.

- Jasne. Na dziesięć kroków.

- Nie, nie, kolego. Chcę cię żywego.

- Przyjdź i weź. – Tak! To był słynny Krwawy Charlie! Człowiek, który potrafił ofiarę zabić za kapsel od piwa, a ofiara jego kończy najczęściej wypatroszona jak filet w dzień bezmięsny! To dla niego Bill leciał tu całą galaktykę!

- To jak, liczymy do dziesięciu?

- Dobrze. RAZ! – Seria strzałów przeszyła niebo, laserowe pistolety rozorały bar, nie trafiając jednak celu, Bill zwinnie rzucił się za filar, Charlie wpadł za bar, trafiony w rękę.

- Jakoś dziś dziwnie bez dramatycznych rozmów, Bill! – Rzucił.

- Nie pierdol. Uciekaj.


(...)

Charlie widząc, że szans z łowcą nie ma, faktycznie zaczął uciekać strzelając na oślep za siebie. Bill, w pogoni za nim starał się go upolować. Ucierpiały na tym osoby postronne i wystrój A170, ale to łowcy nie obchodziło. Charlie, po przeładowaniu broni, uciekł do swojego statku, odcinając rzutem na taśmę Billowi drogę. Znów wszystko stracone. Wszystko poszło okropnie źle, plan B4 nie wypalił, były niewinne ofiary, zbrodniarz uciekł, wszystko nie tak! Gdy już dostał sie na pokład Kosmicznego Boba, podjęli pogoń za złoczyńcą. Nie wiedzieli jednak, że rewanż nadejdzie ze strony bandytów z A170, Charlie niedługo zabije kolejnego senatora, a Bill otrze się o śmierć. Ale to w kolejnym, 235 odcinku kosmicznej telenoweli „Kosmiczny Kowboj Bill : Łowca”, jednym z tysiąca serii pierwszej!

1 komentarz:

anorexorcist pisze...

kurwa, dawno tu takich bzdur nie było. dość tego, panowie.