Rzecz o świecie pisana przez dwóch pragmatycznych i wizjonersko usposobionych młodych ludzi. Co prawda ocieka sarkazmem, spermą i alkoholem, ale czujcie się jak u siebie.

niedziela, 30 grudnia 2007

[ Homilija ]

Wieczór. Mniej więcej osiemnasta. Do pokoju wchodzą Wszyscy i Główny Bohater. Czekają na kogoś, ale jakoś tak niechętnie, jakoś tak, proszę państwa, z nadzieją że może nie przyjdzie, że może zapomni przyjść, albo nie trafi. Panuje średnio przyjemna atmosfera - Wszyscy czują raczej wymuszoną radość ze śpiewania świątecznych pieśni chwalących nowo narodzonego Pana Naszego. Myśl o Gościu niekoniecznie poprawia napięte pomiędzy nimi stosunki . Zdałoby się, że powietrze można pociąć nożem. Da się też w nim wyczuć, obok aromatu świeżo krojonej pietruszki, nutkę zrezygnowania. Ale nic to, Wszyscy sobie myślą. Pańszczyzna, proszę państwa, a pańszczyznę należy spłacać. Trafniej rzecz ujmując - dwudziestopierwszowieczną dziesięcinę.

Pokój zdaje się być mały, ale jest taki tylko pozornie. To dość duże pomieszczenie, nietrafny rozstaw mebli sprawia jednak, że wydaje się raczej małe i klitkowate. Stoją w nim kanapa, stół, jedną ze ścian prostokąta pokrywa w całości olbrzymia meblościanka rodem z poprzedniej, ponoć gorszej, epoki. Wszystko urządzone staroświecko, ale schludne, utrzymane w jak największym porządku. Na stole krucyfiks, obok dwie świece romantycznie migają na posrebrzanych świecznikach. Biały obrus. Wielki czerwony obrotowy fotel stoi tyłem do wejścia do pokoju skutecznie je zastawiając. Przy stole cztery toporne krzesła. Ponadto mała objętościowo szafka, na której stoi okno na świat - telewizor kineskopowy. Dwa wielkie okna prostopadle ustawione do stołu.

Wszyscy i Główny Bohater wchodzą jakby rutynowo, zajmują te miejsca co zawsze - połowę kanapy, obrotowy fotel, dwa krzesła. Czekają z udawanym przed sobą utęsknieniem na jazgotliwy dzwonek do drzwi, a gdy ten się rozlega, jednoosobowa delegacja składająca się z Głównego Bohatera oddala się z pokoju by otworzyć drzwi odwiedzającemu.

Przez judasza Główny Bohater zauważa to, czego się spodziewał - ciemną postać ciemnej osoby. Postać jest ubrana cała na czarno, trzyma pod pachą czarną teczkę, wchodzi z głośnym pozdrowieniem dla tego domu do domu i nieproszona siada na trzecim krześle. Wszyscy udawanym uśmiechem witają Gościa, gdy ten wyjmując jakieś swoje papiery na stół prosi o rutynowe powstanie i równie rutynowe Zdrowaś Maryja.
- Pomódlmy się za zdrowie, za pieniądze, za dobry nadchodzący rok i szczęśliwe zakończenie tego. Zdrowaś Maryja, łaskiś pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. - Intonuje, a Wszyscy udają że znają dalszą część.

Gość, który okazał się, proszę państwa, Księdzem Katolickim, jest osobą w wieku średnim, z pierwszymi siwymi włosami pokrywającymi skroń, twarzą uśmiechniętą ironicznym mogłoby się wydawać uśmiechem. Główny Bohater bierze krzesło i siada bezczelnie na środku pokoju zostawiając Wszystkich po swojej lewicy. Widzi teraz Księdza Katolickiego siedzącego do niego bokiem, oraz dwa okna ustawione prostopadle do stołu, przy którym siedzi Sługa Boży.

Gość trzymając się kurczowo czarnej teczki stara się zagaić rozmowę. Uderza znienacka, równie bezczelnie, jak udało mu się wejść do pokoju.
- Do kościoła chodzisz? - Pyta lekko zaskoczonego Głównego Bohatera, gdy ten bujał się na krześle.
- Nie. - Bez wahania rzecze Bohater.
- Dlaczego?
- Bo tu nie mieszkam, nie uczęszczam do tej parafii.
- A gdzie mieszkasz? - Gość wykazuje się według Głównego Bohatera okropną upierdliwością. Dał to po sobie poznać już w drugim wypowiedzianym na szybko zdaniu, myśli.
- Daleko - Odpowiada bez wahania, nie kłamiąc wcale.
- A tam do kościoła chodzisz? - Poprawia Ksiądz Katolicki, z olbrzymią ciekawością w głosie.
- Nie. - Po raz kolejny nie kłamie Główny Bohater.
- A to dlaczego? W Boga nie wierzysz?

Zapada niezręczna cisza. Wszyscy się tego spodziewali. Patrzą na Głównego Bohatera, osobę dowolną, z lekkim niepokojem o to, co ma nastąpić. Minęły trzy minuty odkąd Przybysz znalazł się w gościnnym domu, a już potrafił wywołać zakłopotanie u domowników. Wywołał niezręczny temat, tabu o którym wszyscy boją się rozmawiać głośno. Bo po co, myślą na co dzień, skoro to zawsze wywołuje tyle rozbieżności, czasem nawet kłótnie o byle co. Gość siedzi, z uśmiechem czekając na odpowiedź. Chwila której nie udało się stać wiecznością w końcu mija.
- Nie no, wierzę przecież, czemu nie. - odpowiada wreszcie obracając wszystko w żart Bohater. Wszyscy wybuchają śmierdzącym ulgą śmiechem.
- Widzicie właśnie - zaczyna Ksiądz Katolicki, ewidentnie uzyskując efekt na którym mu zależało - Tak oto w umysłach młodych ludzi rodzi się koniec tego świata, nasza Gehenna! Bo to oni właśnie, odwracając się od Stwórcy wywołują rychły koniec naszej cywilizacji! Gdy człowiek choć trochę pozna historię, to zauważy, że cywilizacje starożytne upadały właśnie dlatego, że odwracały się od Boga! I naszą też to czeka, tak! Dlatego, że młodzi przestają Boga widzieć w sercach i odwracają sie od Kościoła! A tu trzeba siać! Siać!

W połowie drugiego zdania długiego, jak się ma za chwilę okazać, wywodu chrześcijańskiego, Główny Bohater się wyłączył - gapił się już w okno, za którym obserwował pokryte szronem drzewa. Doskonale wiedział przecież, co Gość ma do przekazania. Nie zwracał uwagi na dowolną interpretację historii, na wygodną Gościowi interpretację Twórcy, na jego słowa. Wszyscy patrzyli tępym wzrokiem w Sługę, gdy ten egzaltował się końcem cywilizacji, potem ludzką słabością, a jeszcze potem swoim własnym żywotem. Nie trafił na swoją publiczność ów Sługa, co to, to nie.

W końcu Wszyscy zaczęli prostować niezręczną sytuację, bo przecież na głupców wyszli. Nikt sobie nie może pomyśleć, że Wszyscy są tak bezczelni, jak ten siedzący bezczelnie na krześle, o nie. Więc starali się, mówili, że to przecież nie tak, że on wierzy przecież w Boga, że niby czasem chodzi do kościoła. Instynkty zadziałały, więc pocili się bardzo nad tym, żeby utrzymać swoje imię w nienaruszonym stanie. Ksiądz nie wierzył, jak im się słusznie zresztą zdawało. Ale co z tego? Pańszczyzna, proszę państwa. A właściwie dwudziestopierwszowieczna dziesięcina.

Gość w końcu miał wychodzić, a żegnał się ze wszystkimi, a chwalił dobroć tego miejsca w którym się znajdowali, ze szczerego serca to robił. Dostał przecież w nagrodę za niechciane odwiedziny środek płatniczy wcale małego nominału. Podał wszystkim rękę, wszystkim spojrzał w oczy, wszystkim za wyjątkiem Głównego Bohatera, bo ten przecież zakichany ateista w oczach Księdza.
- Kutas - Pomyślał Główny Bohater, po czym odprowadził Gościa (który katolickim gestem pozdrowił jeszcze meble na korytarzu) do drzwi wejściowych.

Potem były pretensje, potem był krzyk i wrzask, że co to ty zrobiłeś, że jak mogłeś, że za nic nie mogłeś powiedzieć czegoś innego, prawda? Że jak to mogłeś, Główny Bohaterze, tak nas wystawić na oczy Boga?
- Przecież mogłeś skłamać! - Ktoś wrzasnął.
- Jak zawsze z resztą! - Wrzasnęli Wszyscy po dwakroć.
Ich adwersarz żachnął się tylko i odrzekł:
- Faktycznie. Przecież mogłem skłamać. Jak zawsze z resztą.
Odeszli ucieszeni, z minami wskazującymi na satysfakcję, że ich na wierzchu.
- Tylko po co? - Zakończył wszystko Bohater, bo wcale mu na tym wszystkim nie zależało.
- Bóg przecież kazał nie kłamać.

1 komentarz:

messerschmitt pisze...

Central backward position.