Co tu się dzieje? Co się ze mną stało? CO? Ciemno jakoś. Chłodno w plecy. Wilgotno, coś ogólnie nie tak. A przecież nie tak się zaczęło. Rano jeszcze poszedłem po zakupy, potem zaniosłem je do domu. Wypiłem niedobrą kawę Maxwell House, której trzeba było nasypać cztery łyżeczki żeby przypominała kawę. Potem oparzyłem się wrzątkiem. A potem wyniosłem śmieci, wykopałem psa na spacer, zapaliłem niedobrego niebieskiego elema. Pozamiatałem, poodkurzałem, wypastowałem parkiet. Siadłem zmęczony, bo co miałem robić. Gdy nadszedł czas wyjścia, spokojnie to zrobiłem, choć bez wyraźnego entuzjazmu. Tramwaj linii trzydzieści cztery wydał mi się zmęczony, powietrze cuchnęło stęchłą wodą. Sama radość, rzekłbyś.
Potem światła, muzyka. Tłumy dzikich ludzi, udających że ich naprawdę obchodzi to całe święto. Panny poprzebierane w żółte rajstopy, panowie jakieś krawaty. Super, świetnie. Alkohol, papierosy, aż się czkawką odbija. Luźny dychotomiczny podział na tych co patrzą znudzeni w okno i tych, co udają że się świetnie bawią. Noc jak noc, dzień jak co dzień, klub jak klub. Przecież to normalny piątek. Piątek po tygodniu pracy, pomyślałem, po czym wyszedłem z niezwykle oryginalnego i cudownego klubu na krakowskim Kazimierzu, bo mi tam obłudą zapachniało.
Kulminacyjnym punktem każdej cudownej imprezy zawsze są rozmowy o przedszkolu, jak to było jak pani przedszkolanka bawiła się z nami w balonik (baloniku mój malutki rośnij duży okrąglutki!), albo w dziwną odmianę chowanego (raz, dwa, trzy, król-pa-czy-na-o-czy!). To jest moment kiedy wszyscy kiszą klimat z niedoboru tematów do rozmowy, wtedy dopiero jest pięknie. Wskazuje to na fakt, iż zabrakło alkoholu. Ale to już nie dla mnie, ja wychodzę, ja idę, pa-pa, cmok, smok, ćwok, nie ma mnie, finito definitivo.
Gdy już czas ostatecznego wyjścia nadszedł droga powrotna okazała się najciekawszą z całego przedsięwzięcia. Z myślą o pani w żółtych rajstopach znalazłem się tu, gdzie teraz jestem. Wilgotno, cholera. Wszyscy omijają szerokim łukiem, jakby się bali czegoś. To zamknę oczy, w nadziei że obudzę się w swoim łóżku. Dobranoc.
Rzecz o świecie pisana przez dwóch pragmatycznych i wizjonersko usposobionych młodych ludzi. Co prawda ocieka sarkazmem, spermą i alkoholem, ale czujcie się jak u siebie.
piątek, 1 lutego 2008
[ul. rozrywki 1]
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
Najgorsze, co może się przytrafić, wydarzyć, przyśnić, zareagować: niebieskie elemy.
Prześlij komentarz