Rzecz o świecie pisana przez dwóch pragmatycznych i wizjonersko usposobionych młodych ludzi. Co prawda ocieka sarkazmem, spermą i alkoholem, ale czujcie się jak u siebie.

sobota, 2 lutego 2008

[mój dom to moja twierdza]

I pomyśleć, że to wszystko dzieje się właśnie tu! Tu! Tu! W tym miejscu, w którym się to nie powinno dziać! Tu się nic nie powinno dziać. Czemu Tu się coś dzieje? Główny Bohater odchodził od zmysłów. Jak to wszystko możliwe? Przecież on o nic takiego nie prosił.

Tu było dla niego miejscem specyficznym. Taka mała enklawa, przecież każdy ma enklawę. Tu się można było zagubić we własnych myślach, przestać się umartwiać, a nawet przestać robić cokolwiek. Tu można było przez niezliczone godziny czytać książki Kafki i słuchać The Beatles. Tu było jednym z takich miejsc, jakich Główny Bohater nie miał.

To był jego ostatni bastion, ostatnia stanica, Tu zbierali się muszkieterowie jego myśli, Tu przegrupowywały się jego pułki przed kolejnymi natarciami. Tu żadne oddziały wroga nie miały możliwości zwycięstwa, w jego Wilczym Szańcu, pełnym zasieków i pułapek. Na samym wejściu okopy i wilczy dół, potem kilka wieżyczek strażniczych, wszędzie mocno uzbrojeni żołnierze gotowi na przyjęcie nieprzyjaciela. Potem kolejna fosa, kolejna i następna, wszystkie oplatające twierdzę stojącą po środku wyspy.

Nawet gdyby nieprzyjaciel zdołał pokonać te przeszkody, nie pokonałby na pewno mostu zwodzonego, który był jedyną drogą do twierdzy. Zamczysko stało zawsze na samym środku, Tu była ostateczna enklawa. Tu nikt się nie mógł dostać, cha, bo niby jak, niby jak skoro Głowny Bohater zaminował po części teren, a tam gdzie nie było zabójczych niespodzianek biegały wściekłe psy. W środku zawsze było dla niego miejsce, dla niego i tylko niego. Tam się zamykał, tam pijał mocny alkohol, tam palił papierosy. Tu czytał książki, Tu miał całe swoje życie.

A Tu takie coś! Jak Ktoś śmiał? Jak mógł? Przecież chyba wiedział, wiedział że nie można takich rzeczy robić. Jak Ktoś mógł, żeby już nie było fosy? Nie było zasieków, min, karabinów, a psy wytrute? I teraz już nic nie ma? Teraz Oni zadeptali zamek i psy i fosy swoimi spoconymi nogami. A były ich tysiące, jak w myślach porachował Główny Bohater, miliony przyszły by zniszczyć jego dobytek.

Ktoś wiedział, że Oni Tu nie są mile widziani. Wiedział doskonale, wiedział i nasłał te sfory, by Tu przyszły i zniszczyły tą świątynię. Jak Ktoś mógł? I Kim był Ktoś? Główny Bohater patrząc tępym wzrokiem przed siebie szybko robił rachunek sumienia, komu zawinił, kto zawinił jemu, co się ostatnio stało, kto nie posłodził mu herbaty, wszystko na raz. Kto mógł? Teraz, patrząc na swoją świątynię, gdy biegali po niej Oni, zadeptując jego człowieczeństwo, tysiąc myśli na raz nawiedzało jego głowę. W napadzie szału odłączył muzykę, zgasił światło, a Oni się patrzyli na niego, jakby to on był gościem we własnym domu. Wyszedł.

Teraz, sam jeden, bez miejsca na świecie, zastanawiał się. Kto mógł? Jak to się stało? Wyszedł z miejsca w którym oni już zdążyli powrócić do praktyk, które im przerwał. Nic ich przecież nie obchodził ten dziwny napad wściekłości obcego człowieka. Stanął na świeżym powietrzu, zapalił papierosa. Komu zależało, żeby mu to zrobić? By go potem szukać w najdziwniejszym miejscu? Ten kto to zrobił, napewno wiedział jak Główny Bohater zareaguje. Przecież znajdzie sobie miejsce do życia, za dzień za dwa. Zniknie tam, i ze wściekłości nigdy się już nikomu nie pokaże, choć Wszyscy będą doskonale wiedzieli, gdzie zamieszkał.

A potem jak go pochowają? To ciekawe. Kiedy już przestanie oddychać i dawać wszelkie znaki życia, gdy Oni będa wiedzieli, że jego już nie ma, to co wtedy zrobią? To będzie jego zemsta, wtedy jemu już nie będzie zależało, tak jak im nie zależy na niczym teraz. Będzie tak samo trupio nieczuły, jak Oni są dzień po dniu.

Będzie z nieba patrzył na tą ścieżkę, prowadzącą do jego domu. Tą przez polankę, na której postawi dom. Jego pies będzie ujadał, widząc obcych. Oni będą szli, uzbrojeni po zęby, z bronią załadowaną ostrą amunicją. Kto wie, co ich tam czeka. Przecież znali Głównego Bohatera za jego życia na tyle, na ile dał się im poznać. Dziwak, pomyślą po raz wtóry, po czym w ciemnościach nocy przeładują karabiny i wypchną ochotnika przodem.

Biedak, przerażony, przełknie ślinę i chwyci kurczowo broń, by ta mu ze strachu nie wypadła. Zbliży się do walącego się ze starości domu, domu, z którego bić będzie strach i chłód. Pozostali usłyszą strzał, gdy ten zabije wychudzonego psa, który będzie chciał ostatkiem sił bronić posesji i pana. Przerażeni przybiegną i zobaczą ochotnika znikającego w czeluściach drzwi domu Głownego Bohatera. Poświecą kagankami i pójdą za nim.

Ochotnik zobaczy ciche i schludne domowe ognisko, którego żaden dźwięk od dawna nie skalał. Zobaczy zdjęcia bliskich obcego mu człowieka. Zdziwi się, że kiedyś byli tacy piękni, tacy młodzi. Przestraszony wejdzie po skrzypiących schodach na piętro, otworzy powoli drzwi do jedynego pokoju. Krzyknie, gdy zobaczy ścierwo Głównego Bohatera patrzące na niego tępym wzrokiem, z twarzą w której, zdaje się, bedzie niekryta satysfakcja. Zamykając powieki nieboszczykowi, wyjmie z jego palców kopertę z listem, w którym trupim charakterem pisma napisane będą słowa: „Teraz, drodzy Państwo, to się wypchajcie.

Brak komentarzy: