Rzecz o świecie pisana przez dwóch pragmatycznych i wizjonersko usposobionych młodych ludzi. Co prawda ocieka sarkazmem, spermą i alkoholem, ale czujcie się jak u siebie.

sobota, 31 maja 2008

Tym razem przyszedł, gdy jadłem śniadanie. Zapukał w szybkę, a ja mu musiałem otworzyć – cóż. Tak więc odhaczyłem haczyk z okna i wpuściłem bydlę do kuchni. Drzwiami byś się, opierzone świństwo, nauczyć wchodziło, dzwonka używać. Nie przejąwszy się tym jednak, poszedłem kończyć poranną kawę, a warto zaznaczyć, że był piekielnie wczesny ranek (przynajmniej dla mnie). Spojrzałem na zegarek. Szósta czternaście, wtorek rano. Zwariuję, pomyślałem, ale zwariuję dopiero w piątek, kiedy będę miał na to czas. Perkoz przyszedł lotnym krokiem do kuchni, siadł obok mojej jajecznicy. Musiałem od soboty jeść same jajka, bo nic innego nie było w lodówce – ani, ani. Skończę jako człowiek z najwyższą pośmiertną ilością cholesterolu we krwi.

Pomyślałem o nadchodzącym dniu, odpalając papierosa. Rano? Dojazd, korki, młyn w robocie, proszę państwa, szlag by to trafił. Po południu też z tej roboty nie wyjdę, wieczorem będę stał w korkach, a jak już wrócę do domu w nocy to trzeba będzie iść spać. Nawet dziennika nie obejrzę. I tak co dzień. Poniedziałek, wtorek, środa do piątku, potem piątek i zaraz znów poniedziałek.

Przydałby mi się, myślę, zwierzak jakiś do pogadania. Tak, do pogadania – co innego można robić ze zwierzęciem? Chodzić na spacery? Nie mam czasu. Głaskać pewnie – na to jestem się w stanie skusić. Gdybym miał teraz wybierać swoje domowe zwierzątko, to prawdopodobnie byłby to kot. Je i śpi takie żyjątko, a mnie nie ma w domu i śpię – idealny układ! Rzucałbym mu garść strawy do kuwety rano, on by to pewnie zeżarł na raz, a potem spał cały dzień, aż nie wróciłbym do domu. Kot zwierze poręczne, spada na cztery łapy. A że mieszkam na czwartym piętrze, to akurat – fru, przez balkon, na samochód sąsiada (mam nadzieję, że odda mi tego grilla, jebany). Tam by się kociak, rozumiesz, odeszczał, odesrał, a potem skrobałby drzwi pazurami, w geście chęci na następną michę. Cha! To jest plan, to jest planik!

Tylko, jest pewne „ale”. Bo gdzie więź? Gdzie relacja? Gdzie stosunek pan-zwierzę? To może lepiej papużka. Też niegłupi pomysł. Zamykasz w klatce z drutu i po problemie. A ptak ładnie wygląda, czasem powie coś mądrego. Z drugiej strony, gdybym miał wysłuchiwać dzień w dzień kraczenia, prawdopodobnie długo ze mną by ptaszysko nie pożyło. Nie, ptak to zły pomysł, bo jak ucieknie to się nie znajdzie pewnie, albo szukać trzeba po domu, z kocem za tym biegać, bo to głupie jak pół świni. Nie. Ptak to głupi pomysł. Poza tym, o zgrozo, codziennie nawiedza mnie ten dziwny, różowy Perkoz.

Domena – eukarioty, królestwo – zwierzęta, typ – strunowce. Różowy perkoz przychodzi, nic się nie odzywa, a następnie dzięciolim zwyczajem stuka cały dzień w moją potylicę. Od środka. Karmię go średnio co dwa dni, więc nie zdechnie, niestety.

Brak komentarzy: