Nie wiem co to wszystko znaczy, pomyślał mały Mateusz, gdy oglądał blokowisko z perspektywy ławki. Krajobraz mógł się wydać trywialny - a to po prostu był socjalizm. Bloki z wielkiej płyty, duże osiedle, nieopodal tory kolejowe. Miasteczko żyło dzięki kolei - gdyby nie ona to by nie powstało, ale kto by to pamiętał. Dziś siedział Mateusz, bez kumpli, na ławce, na środku osiedla i przyglądał się opalającej się topless sąsiadce. Werandy post-gierkowskiego bloku miały to do siebie, że nie były zbyt wysokie, więc można było podziwiać wszystko, co działo się po drugiej stronie. "Fajne cycki", pomyślał Mateusz. Oh, pech, schowała się. No nic - to teraz już zupełnie nic nie ma do roboty. Trudne życie, moi drodzy - przechadzał się następną godzinę brudnymi chodnikami, około piętnaście centymetrów nad asfaltową ulicą, by dojść w końcu do klatki jednego z lojalnych kumpli, którego jak na złość nie było w domu. Kurwa, co za dzień - nie ma się z kim upić, laski się pochowały, kurwa, to musi być poniedziałek. Mateuszowi to nie przeszkadzało, w końcu wieczorem poszedł przecież upić się jak świnia i spalić tanimi papierosami. To, czego naprawdę nie lubił, to palenie slimów. Przecież, kurwa, on wcale nie musi podkreślać swojej kobiecości, tak jak podkreślają to na każdym kroku jebane bilboardy z pieprzonych przystanków tramwajowych. Cóż poradzić, takie spadły z nieba po ostatniej imprezie. Wiesz, mawiał, spita była koleżanka, to dała paczuszkę, a potem zapomniała. Nic go nie obchodziło to, że potem zapomniała, że nie wierzyła, gdy chciał jej oddać. Mówiła, że to nie jej, że ona nie pali - ale co tam - nie stać go i tak na normalne kiepy, to kurwa, ma czego chciał cały dzień. Chodził jak ćma, od klatki do klatki, gdy okazało się, że jakoś wszystkich nie ma. Ktoś się schował, kogoś nie było, ktoś poszedł się uczyć, głupi. Mateusz, zrezygnowany, poszedł na spacer. Miał wszystko, czego mógł chcieć. Kupił tani alkohol w pobliskim sklepie, miał te pieprzone slimy, wyszedł w drogę, którą przechadzał się już setki razy. Zawsze obok tej samej wierzby, zawsze ten sam kamień zagradzał mu drogę, zawsze te same krzaki przez które musiał się przedzierać. Siadał tedy Mateusz na górce rozrządowej i patrzył na mijające pociągi. Nie miał perspektyw - co z tego. Alkohol nie pomagał na dłuższą metę, cholerne papierosy były ohydne jak zawsze. Górnik. Sukiennice. Ondraszek.
Rzecz o świecie pisana przez dwóch pragmatycznych i wizjonersko usposobionych młodych ludzi. Co prawda ocieka sarkazmem, spermą i alkoholem, ale czujcie się jak u siebie.
poniedziałek, 17 marca 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz